To pytanie powraca do mnie z niezwykłą regularnością podczas moich rozmów z kobietami. Przybiera ono różne formy i wybrzmiewa w różnych tonach, ale za każdym razem kryje się w nim to samo, głęboko zakorzenione przekonanie: „Powinnam radzić sobie ze wszystkim samodzielnie”. Czasem to przekonanie jest wypowiadane z dumą, innym razem towarzyszy mu zmęczenie, które widać już na pierwszy rzut oka, a czasem ukrywa się w cichej rozpaczy, ujawniającej się dopiero wtedy, gdy kobieta poczuje się w pełni bezpiecznie.
Zastanówmy się, dlaczego dla tak wielu z nas proszenie o pomoc okazuje się trudniejsze niż faktyczne robienie wszystkiego samodzielnie. Dlaczego kobiety tak często spontanicznie biorą odpowiedzialność za cały świat i czują wewnętrzny przymus, by go udźwignąć?
Ten tekst powstał, by przyjrzeć się właśnie temu zjawisku: naszej wewnętrznej odpowiedzialności, chronicznemu przeciążeniu oraz przekonaniom, które przez lata były nam wpajane i które nosimy jak obowiązkowy, ciężki bagaż.
Skąd bierze się kobiece przekonanie: „muszę radzić sobie sama”?
Wiele kobiet od najmłodszych lat słyszało komunikaty takie jak: „Ty jesteś ta mądra i odpowiedzialna”, „Na pewno sobie poradzisz”, „Nie wolno Ci zawieść” czy „Bądź po prostu dzielna i nie marudź”. Chociaż te zdania pierwotnie miały być komplementami, z czasem stały się one ogromnym ciężarem. Jeśli bowiem postrzegamy siebie jako „silną”, „zaradną” i taką, która „zawsze daje radę”, to proszenie o pomoc natychmiast zaczyna wyglądać w naszych oczach jak… osobista porażka.
W ten sposób rodzi się przekonanie, które towarzyszy wielu kobietom przez lata: Prośba o wsparcie równa się słabości. Tymczasem jest to jedno z najbardziej krzywdzących i niesprawiedliwych przekonań, jakie w sobie nosimy.
Kobiece przeciążenie – niewidzialny ciężar, który niesiemy w milczeniu
Kobiety często dźwigają na swoich barkach niezliczoną liczbę ról: matki, partnerki, opiekunki, pracowniczki, córki, organizatorki i tej, która musi „wszystko ogarnąć”. I chociaż każda z nas teoretycznie wie, że nie jest możliwe udźwignięcie wszystkiego, my jakoś… udaje nam się to robić. Dzieje się tak aż do momentu, w którym przychodzi wszechogarniające zmęczenie, narastająca frustracja, a emocje kulminują w płaczu w kuchni późnym wieczorem, kiedy wszyscy inni już śpią.
Dopiero w tych momentach dociera do nas, że po prostu nie jesteśmy stworzone do tego, by dźwigać tak ogromny ciężar. Mimo to wciąż brakuje nam odwagi, aby po prostu poprosić o pomoc.
Dlaczego wciąż tak trudno nam to przychodzi?
- Boimy się, że ktoś pomyśli, że sobie nie radzimy.
- Lękamy się, że zostaniemy uznane za niekompetentne.
- Obawiamy się, że staniemy się „trudne” dla otoczenia.
- Mamy poczucie, że będziemy przeszkadzać innym.
Prawda jest jednak taka, że prośba o pomoc stanowi jeden z najbardziej dojrzałych aktów odwagi, na jakie nas stać.
Dlaczego proszenie o pomoc sprawia kobietom taką trudność?
- Obawiamy się oceny: Przez całe lata byłyśmy uczone, że wartość kobiety mierzy się wyłącznie tym, ile zdoła ona wykonać samodzielnie.
- Nie chcemy być ciężarem: To paradoksalne – z chęcią pomagamy wszystkim wokół, ale nie potrafimy uwierzyć, że ktoś równie chętnie i bezinteresownie pomoże nam.
- Wstydzimy się swoich ograniczeń: Jako kobiety nosimy w sobie ogromny, niewidzialny katalog nierealistycznych wymagań wobec samych siebie.
- Zbyt długo byłyśmy ratowniczkami: Osoba, która przez długi czas ratuje innych, rzadko ma w sobie przestrzeń i zgodę, aby sama poprosić o ratunek.
- Myślimy, że prosząc, tracimy kontrolę: Przekonanie, że „jak zrobię to sama, na pewno będzie dobrze”, jest wbrew pozorom formą lęku i próby kontrolowania, a nie faktycznej siły.
Co się dzieje, gdy w końcu zaczynamy prosić o wsparcie?
Kiedy to się dzieje, następuje coś pięknego, ale najpierw pojawia się coś trudnego. Na samym początku odczuwamy głęboki dyskomfort, wstyd, niepewność, a nawet poczucie winy; czasem nawet przepraszamy za to, że prosimy o pomoc lub próbujemy to natychmiast „odpracować”.
Ale później… pojawia się cudowna ulga. Pojawia się wytęskniony oddech i świadomość, że nie musimy już wszystkiego nieść same. I pojawia się jeszcze coś niezwykle cennego – bliskość.
Proszenie o pomoc otwiera relacje na nowy poziom, odbiera im ukryte napięcie i zaprasza drugą osobę do aktywnego uczestnictwa, dając jej jednocześnie prawo, by też mogła poczuć się potrzebna.
Prośba o pomoc nie jest słabością, jest wyrazem prawdy. Jest prawdą o tym, że jesteśmy ludźmi, że mamy swoje granice, że mamy pełne prawo do odpoczynku i że czasem po prostu potrzebujemy wsparcia, dokładnie tak samo, jak potrzebują go inni. To wcale nie czyni nas mniej wartościowymi – wręcz przeciwnie, czyni nas to bardziej prawdziwymi.
Jak zacząć prosić o pomoc – małe kroki ku wolności
Wcale nie chodzi o wielkie deklaracje czy dramatyczne zmiany. Wystarczy, że zaczniesz używać najmniejszych, ale konkretnych zdań:
- „Czy mógłbyś mnie wesprzeć w tym zadaniu?”
- „Potrzebuję teraz spokojnej rozmowy.”
- „Nie wyrabiam się czasowo. Czy możesz przejąć tę część obowiązków?”
- „Ciężko mi, nie radzę sobie z tym sama.”
- „Potrzebuję chwili, żeby odpocząć.”
Każda taka prośba jest kolejnym krokiem w stronę osobistej wolności, krokiem w stronę prawdy o sobie i krokiem ku życiu z mniejszym ciężarem na sercu.
Nie jesteś stworzona do tego, żeby wszystko udźwignąć w pojedynkę, chociaż wiele z nas zostało w ten sposób wychowanych. Choć przez lata udowadniałyśmy światu, że damy radę ze wszystkim i chociaż nikt nie zauważał naszego ukrytego zmęczenia, nie musisz już tak dłużej żyć. Prośba o pomoc nie jest kapitulacją, ale świadomą decyzją o głębokiej trosce o siebie.
Pamiętaj, życie nie jest egzaminem ze stuprocentowej samodzielności, lecz drogą, którą dużo łatwiej, radośniej i pełniej przejść, kiedy pozwolimy innym iść u naszego boku.